środa, 31 grudnia 2014

6

Ostatniego dnia roku należy zrobić podsumowanie tegoż roku. Różne były chwile w życiu, ale tych dobrych zdecydowanie więcej.
1. Znalazłam pracę, którą później straciłam, ale jednak dała mi mnóstwo radości, czułam się potrzebna i spełniona, więc zaliczam to na plus.
2. Zaczęłam jeździć samochodem, co po 18 latach przestoju uważam za niebywały wyczyn.
3. Moja córcia, moja Lalunia zaczęła odnosić pierwsze sukcesy w judo, zdobywać medale, a wszystkie jej sukcesy są także moimi.
4. Zaszłam w ciążę, przeżyłam kilka cudownych miesięcy, ciesząc się z każdego kopnięcia maleństwa, słuchając bicia jego serduszka, wpatrując się w monitor i zdjęcia USG. Przeżyłam też chwile grozy związane z niespodziewanym krwawieniem i przedwczesnym porodem. Później zobaczyłam cudowną buzinkę mojego synusia i poczułam nadzwyczajną radość, wielkie szczęście, by potem znów przejść przez piekło strachu, gdy rozgrywała się walka o życie małego, bo przestał oddychać. A dziś znów mogę się cieszyć, gdy widzę Groszka jak spokojnie oddycha, rośnie, patrzy na nas, rusza rączkami i nóżkami.
5. Mam jeszcze jeden powód do radości - zdecydowaliśmy się z moim Kochaniem na ślub. Jeszcze nie wiemy kiedy dokładnie to będzie i jak wszystko zorganizujemy, ale decyzja już zapadła. Chcemy tego i nic już tego postanowienia nie zmieni.
Tak, mam za co dziękować Bogu! Dziękuję z całego serca!!! Tylko dzięki Niemu mogę dziś, 31 grudnia, zaliczyć odchodzący 2014 rok do udanych.

wtorek, 30 grudnia 2014

5

Wściekłam się dzisiaj nieziemsko! PZU, któremu wierzyłam do tej pory okazało się oszustem.
Kiedy odchodziłam z poprzedniego zakładu pracy, zapewniano mnie, że ubezpieczenie mogę sobie kontynuować sama, a warunki ubezpieczenia pozostają bez zmian. Więc ja nieprzerwanie przez dziesięć lat, miesiąc w miesiąc płaciłam 52,80 zł święcie przekonana, że gdyby coś mi się stało, to jakieś pieniążki dostanę, no bo przecież jestem ubezpieczona. Moją pewność umacniał fakt, że po pierwszej ciąży i długim pobycie w szpitalu bez najmniejszych problemów wypłacono mi niezłą sumkę za urodzenie dziecka i dni leczenia szpitalnego. Teraz urodziłam drugie dziecko, w szpitalu też się wyleżałam, więc myślałam, że tym razem PZU również wypłaci mi za to pieniążki. No i szczęka mi dzisiaj opadła, kiedy poinformowano mnie, że za urodzenie dziecka, owszem, jakiś grosz mi się należy, ale za dni pobytu w szpitalu już nie. A dlaczego? A dlatego, że teraz składkę opłacam sobie sama, a nie pracodawca z ubezpieczenia grupowego. Gdyby to był pobyt w szpitalu w wyniku nieszczęśliwego wypadku, to dostałabym pieniądze bez problemu. Co za debilizm! Przecież nic się nie zmieniło przez te wszystkie lata, nie mam nowej polisy! To jest wciąż ta sama polisa, tylko suma ubezpieczenia wzrosła. Po co ja w takim razie przez tyle lat to ubezpieczenie płacę, skoro nic  z tego nie mam? Dlaczego mnie zapewniano, że nic się nie zmieni w ubezpieczeniu poza formą płatności? Oszukano mnie, żeby zatrzymać klienta i jego pieniądze - ot co!
Po co w ogóle się ubezpieczać, jeśli zdaniem ubezpieczyciela nie mam prawa się rozchorować? Mam wejść pod samochód, żeby PZU mi dało 200 zł? Paranoja! Nie mam zamiaru narażać swojego życia. Ale rozchorować się człowiek przecież zawsze może, choroba nie wybiera. Niestety nie robię się coraz młodsza, a coraz starsza i w szpitalu mogę się znaleźć szybciej niż się spodziewam. I co? I nic, bo składkę płacę ze swojego konta zamiast od pracodawcy. Bez sensu jest w takim razie to comiesięczne opłacanie składek. Trzeba się poważnie zastanowić nad zmianą ubezpieczenia albo w ogóle ubezpieczyciela. Przecież wyleżałam się dziewięć dni w szpitalu, pocięli mi brzuch na pół i nie mam za to żadnej rekompensaty od "wielkiego" PZU. A czy ja się prosiłam o te problemy ciążowe? Tysiąc razy bardziej wolałabym donosić ciążę, urodzić zdrowe dziecko o czasie i nie prosić nikogo o nic. Ale wyszło jak wyszło, niezależnie od tego co ja chcę, co ja wolę, a PZU ma w d... moje zdrowie. Dla nich liczy się tylko to, że płacę co miesiąc. Na cholerę mi taka polisa! Szkoda pieniędzy!

poniedziałek, 29 grudnia 2014

4

Boże! Jaka jestem szczęśliwa! Synusia odłączyli dzisiaj od respiratora. 10 dni się bidulek męczył z rurą w nosku i dziś nareszcie poczuł ulgę. Dla niego ulga, dla nas ogromna niespodzianka! Infekcja bakteryjna jeszcze zupełnie nie minęła, "trzeba ją doleczyć" - jak się wyraził ordynator, ale mały czuje się już na tyle dobrze, że jest w stanie oddychać samodzielnie. Tak się cieszę! A jaka to radość patrzeć na niego, jak sobie spokojnie śpi na brzuszku, odpoczywa po wielu dniach leżenia na wznak, niemożności ruszania główką, unieruchomienia rączek... Dziś nareszcie poczuł luz i to było widać na jego buźce. Malutki był taki spokojny, zrelaksowany, aż nie można było oderwać od niego wzroku. Nawet parę razy otworzył oczka i skierował je na nas. Wiem, że on nie za dobrze jeszcze widzi, na razie tylko same cienie, ale mimo to jestem wniebowzięta tym jego spojrzeniem. Nie mogłam się powstrzymać przed pogłaskaniem go. Poszłam zdezynfekować ręce, otworzyłam na chwileczkę inkubator i pogłaskałam Malutkiego po pleckach. Mój maleńki Groszek!

piątek, 26 grudnia 2014

3

Święta powoli dobiegają końca... A może to i dobrze, bo sporo łez mnie kosztowały. Cały czas myślałam o naszej kruszynce, która leży w szpitalu podłączona do respiratora, sondy, kroplówek. Przecież nasz synuś powinien być z nami. Dlaczego Bóg tak szybko kazał mu przyjść na ten świat? Teraz biedactwo tak się musi męczyć, zmagać z infekcją bakteryjną i niewydolnością płuc. Nasze maleńkie kochanie! Cokolwiek ostatnio robiłam, czy to przygotowując potrawy świąteczne, czy śpiewając kolędy w kościele, czy siedząc przy wigilijnym stole, rozpakowując prezenty, cały czas myślami byłam przy naszym synku. Choćby nie wiem jak pięknie było wokół, nie cieszyło mnie to zbytnio. Mi brakowało tej mojej małej istotki. Ciągle wszystkie myśli biegły ku niemu.
I tak bolał ten brak tradycji dodatkowego nakrycia na wigilijnym stole... Gdyby to był mój dom, pamiętałabym o tym, tym bardziej, że w moim rodzinnym domu zawsze się pamiętało o dodatkowym miejscu przy stole. Teściowa, jak to rdzenna Ślązaczka, takiej tradycji nie kultywuje. A szkoda... Czułam się tak, jakby wszyscy zapomnieli o Maluszku, choć wiem, że w rzeczywistości to nieprawda. Jednak nie mogłam pozbyć się myśli, że nikt go nie potrzebuje, nie kocha, a on leży biedny w tym inkubatorze, taki samiutki i słabiutki i czeka na nas... Odwiedzaliśmy go oczywiście codziennie w szpitalu, ale to nie to samo, co nieprzerwane, niczym nie zmącone, wspólne przebywanie razem, wspólna radość, wspólne całe święta. To przecież była tylko godzina spotkania...
Nie potrafię powstrzymać łez. Wciąż mi brakuje naszego synusia. Tak bardzo mi go brakuje! Tak bardzo tęsknię do niego!!!

wtorek, 23 grudnia 2014

2

To ja. Niewątpliwie - kobieta. Wiek - przed czterdziestką. Na razie nie pracuję zawodowo, jestem na urlopie macierzyńskim. Za to pracuję w domu - gotuję, sprzątam, robię zakupy i masę innych błahych rzeczy, których jest zbyt dużo, by je tu wszystkie wymieniać. O trzech sprawach warto powiedzieć - mam 10-letnią córeczkę, 3-tygodniowego synka i najcudowniejszego mężczyznę świata u boku. To są moje Radości, które sprawiają, że ta moja codzienność staje się piękna. Dla nich, dla tych najukochańszych istot warto codziennie zmagać się z banalnością i rutyną życia. Jednak gdzieś wewnątrz mnie drzemią schowane marzenia, które mam nadzieję, że wypłyną kiedyś na wierzch, urealnią się i zajaśnieją najprawdziwszym, najpiękniejszym blaskiem. Ale o tym na razie cicho-sza...

poniedziałek, 22 grudnia 2014

1

Stokrotka zaczyna pisać... Na razie ustawia, sprawdza, bawi się. Co z tego wyniknie dalej... zobaczymy :)